Resortowe dzieci: Wpływ na biznes i gospodarkę

Resortowe Dzieci w Biznesie: Wpływ, Dziedzictwo i Kształtowanie Gospodarki

Układ Zamknięty? Prawda o Resortowych Dzieciach w Biznesie

Pamiętam jak dziś rozmowę z kumplem na studiach. Siedzieliśmy nad książkami, zakuwając do kolejnej sesji, a on nagle rzucił z rezygnacją w głosie: „Stary, i tak nie mamy szans. Na końcu wygrają ci z odpowiednim nazwiskiem”. Wtedy wzruszyłem ramionami, ale te słowa wracają do mnie jak bumerang za każdym razem, gdy słyszę termin „resortowe dzieci”. To pojęcie, które w Polsce wywołuje ciarki, złość, a czasem po prostu zmęczenie. Niby wszyscy wiemy, o co chodzi, ale temat wciąż jest gorący. Bo dotyka czegoś fundamentalnego – poczucia sprawiedliwości. W tym artykule chcę się przyjrzeć fenomenowi, jakim są resortowe dzieci w biznesie. Nie z perspektywy politologa, ale zwykłego człowieka, który patrzy na naszą gospodarkę i zastanawia się, czy zasady gry są dla wszystkich równe. To, jak resortowe dzieci wpływają na polski rynek, to nie jest tylko akademicka zagwozdka, to pytanie o naszą wspólną przyszłość.

Cofnijmy się w czasie, czyli skąd ten cały ambaras?

Żeby zrozumieć, kim są resortowe dzieci w biznesie, trzeba na chwilę wrócić do PRL-u. To nie były czasy, gdzie liczyły się tylko papiery z uczelni i genialny pomysł na firmę. Liczył się układ. To, kogo znałeś, kto był twoim ojcem, wujkiem, czy sąsiadem z partyjnej wierchuszki, ze Służby Bezpieczeństwa, wojska czy milicji. To była realna waluta. Tzw. nomenklatura, czyli elita władzy, tworzyła zamknięty krąg, w którym dostęp do lepszych studiów, zagranicznych wyjazdów czy nawet talonów na samochód był przywilejem.

I nagle nastał rok 1989. System się zmienił, ale ludzie zostali. I co najważniejsze, zostały ich znajomości. Ten kapitał, który przez lata budowali w starym systemie, nie wyparował. Wręcz przeciwnie, w chaosie transformacji okazał się cenniejszy niż złoto. Te wszystkie nieformalne sieci, telefony „do przyjaciela”, przysługi – to stało się fundamentem, na którym wiele karier zostało zbudowanych. Ten kapitał społeczny, jakby to powiedział uczony, był bezcenny. To właśnie to dziedziczenie koneksji po PRL w biznesie dało niesamowitą przewagę na starcie. I tak narodziła się nowa elita, w której obecność resortowych dzieci w biznesie stała się faktem.

Spadek, którego nie widać w testamencie

Transfer tego kapitału to nie było coś, co dało się zapisać w urzędzie skarbowym. To działo się przy wódce, na polowaniach, w zaciszach gabinetów. Kapitał społeczny to jedno – sieć „znajomych królika”, która otwierała każde drzwi. Ale był też kapitał polityczny – wiedza, jak poruszać się po korytarzach władzy, kogo poprosić o pomoc, gdzie szukać informacji niedostępnych dla zwykłego śmiertelnika. Pamiętam, jak kiedyś starałem się o pewne zlecenie. Przegrałem z firmą, która nie miała ani doświadczenia, ani lepszej oferty. Po czasie dowiedziałem się, że szefem był syn kogoś „ważnego”. Ręce opadają.

To zjawisko, nazywane nepotyzmem czy kumoterstwem, rozlało się po polskim biznesie jak zaraza. Nagle w zarządach świeżo sprywatyzowanych firm, w bankach, w mediach, zaczęły pojawiać się te same nazwiska, a raczej potomkowie tych samych nazwisk. Ten mechanizm, tak frustrujący dla reszty społeczeństwa, zapewniał grupie resortowych dzieci w biznesie gładkie wejście do świata, gdzie zarabia się prawdziwe pieniądze. Można poczytać, jakie są zarobki w wielkim biznesie, i wtedy ta niesprawiedliwość boli jeszcze bardziej. Dostęp do „pierwszych stołów”, gdzie podejmowano kluczowe decyzje, był zarezerwowany. To właśnie wpływ kapitału społecznego resortowych dzieci na sukces w czystej postaci. Bez tych koneksji, wielu z nich nigdy nie osiągnęłoby tego, co mają. Można by o tym napisać niezłe książki, zresztą niektóre już powstały. Często opinie o resortowych dzieciach w sektorze prywatnym są jednoznacznie negatywne, bo ludzie widzą tę niesprawiedliwość.

To, to jest właśnie problem, że resortowe dzieci w biznesie stały się synonimem nierównych szans.

Gdzie ich najwięcej? Media, finanse i stare, dobre państwowe molochy

Drogi do sukcesu bywały różne, ale często prowadziły przez te same ścieżki. Pamiętacie te głośne prywatyzacje z lat 90.? To był raj dla ludzi z informacjami i kontaktami. Przejmowanie państwowych przedsiębiorstw za ułamek wartości, zdobywanie intratnych kontraktów – to był chleb powszedni. Sektory, w których obecność resortowych dzieci w biznesie jest szczególnie widoczna, to przede wszystkim media, bankowość, energetyka i finanse. Tam, gdzie stykają się wielkie pieniądze i polityka.

Wystarczy czasem spojrzeć na składy rad nadzorczych czy zarządów największych spółek, żeby zobaczyć powtarzające się schematy. To rodzi fundamentalne pytanie: czy ich sukces to wynik kompetencji, czy pochodzenia? Oczywiście, nie można generalizować. Na pewno są wśród nich osoby zdolne i pracowite. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że dostali fory, o jakich inni mogliby tylko pomarzyć. Mamy liczne przykłady tego, jak ciężko jest założyć coś od zera, bez pleców. Gdy widzimy te same przykłady 'resortowych dzieci’ w zarządach firm, wiara w uczciwą konkurencję umiera. To jest sedno problemu z resortowymi dziećmi w biznesie.

Sprawiedliwość? Zapomnij. Mit ciężkiej pracy kontra realia

Wmawia nam się od dziecka, że ciężką pracą i talentem można osiągnąć wszystko. To piękny mit, ale w zderzeniu z polską rzeczywistością często okazuje się tylko bajką. Fenomen resortowych dzieci w biznesie jest brutalnym zaprzeczeniem idei merytokracji. Pokazuje, że wciąż ważniejsze jest to, „kto jest kim”, a nie „co kto potrafi”.

Ta świadomość jest niezwykle demoralizująca. Bo jak tu wierzyć w równe szanse, skoro widzisz, że reguły są pisane pod konkretną grupę? Na pytanie, czy 'resortowe dzieci’ mają łatwiej w karierze, odpowiedź wydaje się oczywista. To prowadzi do frustracji, cynizmu i poczucia, że nie warto się starać, bo i tak szklany sufit jest nie do przebicia. Cała ta sytuacja podważa zaufanie do państwa i jego instytucji. A krytyka fenomenu resortowych dzieci w polskim biznesie nie bierze się z zawiści, tylko z tęsknoty za normalnością i sprawiedliwością, której ciągle nam brakuje. Wiele osób zastanawia się po prostu, jak działają te mechanizmy i szuka dogłębnej analizy zjawiska resortowych dzieci w polskiej gospodarce.

Co z tego wynika dla nas wszystkich?

Konsekwencje są poważniejsze, niż mogłoby się wydawać. To nie tylko kwestia urażonego poczucia sprawiedliwości. Gdy kluczowe decyzje w gospodarce podejmują ludzie z nadania, a nie z powodu kompetencji, cierpi na tym cała gospodarka rynkowa w Polsce. Pojawia się ryzyko korupcji, a brak przejrzystości hamuje zdrową konkurencję. To prosta droga do osłabienia państwa i obniżenia zaufania społecznego, o którym tak wiele się mówi.

A co z młodymi? Jaki sygnał wysyłamy kolejnym pokoleniom? Że nie liczy się innowacyjny pomysł i ciężka praca, tylko dobre znajomości? To zabija ducha przedsiębiorczości. Młodzi, zdolni ludzie, widząc takie bariery, albo się poddają, albo wyjeżdżają. Zamiast dynamicznego rozwoju mamy stagnację i utrwalanie starych układów, w których dominują resortowe dzieci w biznesie. Jeśli nie możesz znaleźć inwestora, bo nie należysz do odpowiednich klubów biznesowych albo nie wiesz, jak znaleźć anioła biznesu w tym zamkniętym środowisku, to jest to prawdziwy problem. Sytuacja ta utrwala pozycję resortowych dzieci w biznesie.

Czy to się kiedyś skończy?

Można by pomyśleć, że z biegiem lat problem sam zniknie. Że kolejne pokolenia, wychowane już w demokracji, zatrą te stare podziały. Nic bardziej mylnego. Zjawisko nie znika, ono ewoluuje. Przybiera nowe, bardziej subtelne formy. Dziś nikt już nie załatwia pracy po chamsku, przez telefon od ministra. Teraz robi się to przez „rekomendacje”, zaproszenia do elitarnych stowarzyszeń, ułatwiony dostęp do informacji. To jest ta sama historia 'resortowych dzieci’ i ich rola w transformacji biznesu, tylko w nowym opakowaniu. Potomkowie dawnych elit nauczyli się perfekcyjnie poruszać w realiach wolnego rynku, wykorzystując odziedziczone sieci w sposób, który jest trudny do udowodnienia.

Co możemy zrobić? Przede wszystkim, musimy o tym głośno mówić. Patrzeć władzy i biznesowi na ręce. Domagać się transparentności w konkursach na stanowiska, w przetargach, w prywatyzacji. Ważna jest rola niezależnych mediów i organizacji, które te patologie nagłaśniają. To długa i żmudna walka, ale jeśli chcemy żyć w kraju, gdzie liczą się kompetencje, a nie pochodzenie, to nie mamy innego wyjścia. Bo gospodarka, która nie daje równych szans i nie faworyzuje resortowych dzieci w biznesie, to jedyna droga do prawdziwego, zdrowego rozwoju. Walka o prawdziwą merytokrację jest kluczowa dla przyszłości nas wszystkich.